Góry Błękitne czy Mgliste?

2016_australia_gory_blekitne_15

Deszcz w Australii jest nam najwidoczniej pisany… Dokądkolwiek byśmy nie pojechali, zawsze trafiamy na deszcz, ulewę, burzę czy choćby mżawkę. Podobnie jest w Górach Błękitnych, nieopodal Sydney, którym deszczowa aura nadaje nutkę tajemniczości i przygody. Szczególnie w tych chwilach zaraz po deszczu, gdy cały świat otulony jest białą gęstą mgłą… Nie sposób więc nie nadać temu miejscu nowej, bardziej adekwatnej, nazwy – Góry Mgliste…

Noc spędzamy w samym sercu Gór Mglistych, ups … Błękitnych ;) Wielki parking w środku lasu uśmiecha się do nas. Dawno nie spaliśmy już w tak uroczej scenerii! Gdyby nie deszcz, to wieczór zapewne spędzilibyśmy przy ognisku, bo tuż przy parkingu znaleźliśmy parę miejsc specjalnie pod ogniskowanie i grillowanie przygotowanych.

2016_australia_gory_blekitne_05

Poranek za to dla odmiany zaskakuje nas przebijającym się przez chmury słońcem. Zostawiamy samochód tam gdzie nocowaliśmy i idziemy ścieżką przez las do punktu widokowego. Za barierką widzimy wielką, białą nicość… Gdzieś w dole, popod naszymi stopami jest australijski Wielki Kanion. Skoro nie możemy go zobaczyć z góry, to postanawiamy zobaczyć go z bliska. Schodzimy więc stromym szlakiem w głąb mgły, aż do wylotu kanionu. Na szlaku jesteśmy sami, nie licząc ćwierkających ptaków, stonóżek i uciekających przed nami kangurów. Im niżej schodzimy, tym zieleniej i wilgotniej się robi. Las coraz mniej przypomina lasy, do których jesteśmy w Europie przyzwyczajeni. Idąc wśród ocierających się o nasze ramiona wielkich, mokrych paproci czujemy się jakbyśmy byli w baśni. Albo chociaż na drugim końcu świata … ;) Na szlaku nie spotykamy zupełnie nikogo. Podejrzewamy, że to sprawka pogody, bo wierzyć nam się nie chce, że góry wyrastające niemal na przedmieściach wielkiego miasta świecą aż takimi pustkami!

Wielki Kanion jednak nie jest nam pisany. Szlak do niego jest zamknięty, ale sam spacer w dół i w górę daje nam dużo radości, a wysiłek jaki włożyliśmy we wspinaczkę, szczególnie pod górę, nagrodzony zostaje widokami – tym razem bez mgły!

Teraz jak na dłoni widać, że Blue Mountains to takie oryginalne góry, gdzie tak naprawdę zamiast wchodzić w górę i zdobywać szczyty, to schodzi się na dół i zdobywa porośnięte lasem doliny. Miasta i drogi znajdują się na samej górze płaskowyżu, a cały rejon to przepaściste doliny, kaniony i wąwozy otoczone pionowymi, piaskowcowymi skałami. Niektórzy oglądają je sobie z drogi i punktów widokowych, nie wysiadając nawet z czerwonego, piętrowego autobusu…

2016_australia_gory_blekitne_08

O tym przekonujemy się jeszcze tego samego dnia, gdy po obiedzie jedziemy w miejsce wyjątkowo znane – do Trzech Sióstr. Wielki parking oraz jeszcze większy piętrowy punkt widokowy pełen jest obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni. W tym miejscu aż trudno uwierzyć, że jeszcze parę godzin wcześniej wędrowaliśmy przez Blue Mountains sami samiuścy. Uciekamy od kłębiącego się tłumu na „szlak” prowadzący wybetonowaną ścieżką do jednej siostry. Bo Trzy Siostry, to nic innego jak trzy skały malowniczo komponujące się z soczyście zieloną doliną. Po krótkim spacerze zasiadamy na ławeczce pod jedną z kamiennych sióstr, Ania otwiera zeszyt i szkicuje to, co ledwo co zobaczyła, a chłopaki schodzą jeszcze niżej w dół zaintrygowani stromymi, kamiennymi schodami. Schody prowadzą w głąb lasu, a jakże by inaczej…

2016_australia_gory_blekitne_20

Następnego dnia znów ciągnie nas na szlak. Mało ostatnio chodziliśmy, a skoro już jesteśmy w górach, to trzeba wykorzystać okazję :) Po śniadaniu jedziemy na punkt widokowy Govetts Leap i decydujemy się na stosunkowo króki i łatwy szlak Pulpit Walking Track, poprowadzony wzdłuż klifu, a kończący się na kolejnym punkcie widokowym zlokalizowanym na wielkiej skale przewieszonej nad doliną, na Pulpit Rock.

7 kilometrów wydaje się być pestką, szczególnie że pogoda nas rozpieszcza! Słońce świeci nad naszymi głowami, bezchmurne niebieskie niebo cieszy oczy, a mgły zalegające w dolinie popod naszymi stopami dodają okolicy niesamowitego uroku! Na szlaku standardowo jesteśmy sami, po jakimś czasie podnosząca się mgła zaczyna otulać otaczający nas las, odsłaniając zarazem dolinę oraz wysokie wodospady, które zostawiliśmy za sobą. Idzie nam się naprawdę dobrze, mimo że szlak miejscami wygląda na wyjątkowo zapuszczony – zarośnięty paprociami, błotnisty i śliski, w niektórych miejscach podmyty i ogrodzony siatką zabezpieczającą w ten sposób, że ledwo można przejść.

2016_australia_gory_blekitne_21

Po dwóch godzinach niespiesznego spaceru nagle niebo zasłania ciemna chumra i zaczyna grzmieć. Nasz cel – Pulpit Rock – jest już na wyciągnięcie ręki, biegniemy więc przez las w nadziei na to, że przy punkcie widokowym znajdziemy cokolwiek, co może nam służyć za schronienie przed deszczem. Pierwsze krople deszczu spadają na nas, gdy jesteśmy już przy wielkim szutrowym parkingu. Uffff – udało się nam uciec przed burzą ze skalnego klifu. Jeden problem z głowy. Teraz pozostaje nam jedynie zastanowić się nad tym, co dalej…

Planowany powrót tym samym szlakiem odpada. Leje przecież jak z cebra, grzmi, w jednej sekundzie zrobiło się zimno. Nie wygląda też na to, by na parking zajeżdżały jakiekolwiek autobusy, czy to parkowe, czy turystyczne. Jedyna nasza nadzieja w tych paru turystach, przeczekujących ulewę w swoich samochodach. Podchodzimy do dwóch dziewczyn stojących koło starego kombiaka, opowiadamy co i jak i pytamy, czy nie jadą przypadkiem w stronę cywilizacji… bo jeśli tak, to czy mogłyby nas tam też przy okazji podrzucić??? Głupio nam jak nie wiem co, bo zazwyczaj wszystkie nasze plany układamy tak, by być niezależni. Nie lubimy innych w błahych sprawach prosić o pomoc, czy też stawiać w niezręcznej sytuacji, ale tym razem wyszło, jak wyszło… Dziewczyny bez zastanowienia postanawiają nam pomóc, w magiczny sposób robią w zapchanym po sam dach samochodzie miejsce dla naszej czwórki i podrzucają nas pod nasz samochód. Żałujemy, że nie mamy w lodówce ani jednego piwa, jednak w ramach podziękowań obdarowujemy pomocne Niemki rarytasem, którego nigdy u nas nie brakuje – przepyszną, schłodzoną lemoniadą :)

Blue Mountains, czyli Góry Mgliste, opuszczamy w deszczu. On nam jest tutaj niestety pisany….

Otagowany , , .Dodaj do zakładek permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>