2016_australia_cape_hillsborough_05

„Mamo, mam dla Ciebie dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą” – relacjonuje Ania z przedniego siedzenia. Zajmuje to vip-owskie miejsce obok kierowcy, od momentu gdy okazało się, że Patrykowi najlepiej jedzie się blisko mamy. A Ani w to mi graj! Widoki z przedniego fotela ma fantastyczne, uczy się znaków i przepisów drogowych – pal licho, że na lewą stronę ;) – ale przede wszystkim wypatruje zwierzaków! Tak jest i tym razem … „Dobra wiadomość to taka, że widziałam kangura! Zła, że rozjechanego, w rowie przy drodze” …

Niestety, taki mamy kangurowy bilans odkąd jesteśmy na północy Australii. Napaliliśmy się na te kangury chyba za bardzo, a tutaj jakoś niewiele ich widać. A jak już, to … no właśnie … te którym się nie udało wygrać z orurowanym przodem samochodu. Bo kangury to zwierzęta najbardziej aktywne pomiędzy zmierzchem a świtem. Wtedy wychodzą ze swoich skrytek w poszukiwaniu jedzenia. I wtedy też zdarzają im się śmiałe wycieczki na drugą stronę szosy, które w wielu przypadkach smutno się dla kangurów kończą…

2016_australia_cape_hillsborough_01

Dziś leje jak z cebra od samego rana. Przejeżdżamy szybko obok pięknych plaż i wysp z pierwszych stron folderów, a na nocleg wybieramy Cape Hillsborough – przylądek z parkiem narodowym o tej samej nazwie, w którym spotkać można kangury! Co więcej, podobno co rano spacerują one po samej plaży! Zbaczamy więc z głównej drogi i kolejne 26 kilometrów pokonujemy wąską, ale asfaltową drogą, przez którą w paru miejscach płyną już małe rzeczki, będące efektem ulewnego deszczu. Jedziemy wolno, wolniutko, dopuszczając do siebie myśli, że jeśli padać nie przestanie, to kolejnego dnia rzeczki mogą stać się dla nas przeszkodą nie do pokonania. Ale co tam! Przy drodze stoi znak ostrzegawczy z kangurem! Dojeżdżamy najdalej jak tylko się da i wreszcie wyskakujemy z samochodu! Witają nas mikroskopijne muszki piaskowe, które obłażą nas od stóp do głów, kangurów ani widu ani słychu… Uzbrojeni w repelent na owady spacerujemy długo po plaży, znajdując pod stopami co rusz małe rozgwiazdy. Czujemy się tu trochę jak na końcu świata. Jest ładnie, cicho i prawie pusto. Ktoś wjechał terenówką nad samo morze i pakuje łódkę na przyczepę, grupa małych Australijczyków gra w piłkę, parę ludzi spaceruje wzdłuż plaży.

2016_australia_cape_hillsborough_03

Rankiem wracamy w to samo miejsce i na widok kangurów, a tak naprawdę wallabies*, pasących się na trawie przy parkingu krzyczymy z radości! Są! Nareszcie są! I to na wyciągnięcie ręki!!! :) Obserwujemy te niesamowite zwierzaki z pewnego oddalenia, a one skubiąc trawę bacznie obserwują nas. Gdy rozzuchwalamy się i podchodzimy zbyt blisko, to one – jak na kangurowate przystało – po prostu odskakują! Bang … bang … bang. I znów dystans jest akceptowalny :) Jesteśmy oczarowani! Skaczemy chwilę po łące ciesząc się, że wreszcie udało nam się zaznajomić z tymi sympatycznymi zwierzakami. Ciekawe kiedy i gdzie natkniemy się na nie kolejny raz???

* Wallabies, czyli po naszemu walabie, mimo że dla laików łudząco do kangurów podobne, są osobnym rodzajem zwierzaków w rodzinie kangurowatych. Te spotkane przez nas w Cape Hillsborough, to najpopoularniejsze na północy Australii walabie zręczne, agile wallaby.

2 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *