Kanion de Chelly

2014_usa_canyon_de_chelly_10

Wjeżdżamy na terytorium Indian Navajo. Z jednej strony wszystko ciągle wygląda tak samo, podobnie, jak poza granicami rezerwatu, ale jednak od razu rzucają się nam też w oczy pewne różnice. Na przykład to, co mamy za oknami, to same nieużytki i wielkie połacie przesuszonej trawy. Wygląda na to, że wszystko żyje tu swoim własnym życiem i nie widać jakichkolwiek śladów zagospodarowania ziemi. Bo w sumie czym tu gospodarować, jeśli wokół same skały i piach. Takie się Indianom tereny dostały… Jałowa pustynia ciągnie się dziesiątkami kilometrów, a my szybko orientujemy się, że nie dojedziemy w tempie obiecywanym przez nasz GPS. Jedziemy w tumanach kurzu, a droga jest ni to asfaltowa ni to szutrowa. Ot, po prostu dziura na dziurze. Od razu staje nam przed oczami Argentyna! Wreszcie, późnym popołudniem dojeżdżamy do całkiem dużej, jak na te okolice, miejscowości Chinle.

Jest już niemal ciemno, gdy lokujemy się na całkiem przyjemnym kempingu i zawracamy na zakupy w stronę miasteczka. A tutaj swojskie klimaty, prawie jakbyśmy się przenieśli do Ameryki Południowej! Wokół wiruje pył, wyją psy, a na pakach starych zardzewiałych pickupów drzemią śniadzi Indianie. Wszyscy rozmawiają ze sobą w języku, którego zupełnie nie rozumiemy. W jedynym sklepie w okolicy wybór jest raczej skąpy, ale udaje nam się uzupełnić zapasy jedzenia. Za to przy kasie rodem z PRL dowiadujemy się, że musimy zapłacić gotówką, co w USA jest naprawdę fenomenem. Piwa oczywiście brak. Dociera do nas, że na terenach Indian naprawdę panuje prohibicja! I tym bardziej ciekawi nas fakt, że co kilometr przy drodze stoją wielkie tablice pt. „Don’t drink and drive”…

2014_usa_canyon_de_chelly_01

Rankiem, po śniadaniu składającym się z jajecznicy na boczku o smaku miodu (tfu, tfu), ruszamy zobaczyć Kanion de Chelly , o którym nie wiemy zupełnie nic. Tak, to kolejne z tych miejsc, na które obraliśmy kurs pod wpływem impulsu. Na początek zajeżdżamy więc do Visitor Center, w którym zgarniamy mapy i dowiadujemy się dlaczego Kanion de Chelly nie jest parkiem narodowym. Powód okazuje się bardzo prosty i nie ma się czemu dziwić – zarówno na górze, jak i na dnie kanionu do tej pory żyją Indianie. Szczególnie dno kanionu otoczone jest specjalną opieką, ponieważ ze względu na dużą ilość zieleni znajduje się tam całkiem sporo poletek uprawnych, do tego kilka gospodarstw oraz co najważniejsze, znajdują się tu też miejsca kultu. Turyści wstęp mają jedynie na punkty widokowe na krawędzi kanionu oraz na jeden jedyny szlak prowadzący na samo dno. Ewentualnie można byłoby się pokusić o prywatną wycieczkę jeepem, podczas której można zobaczyć cały kanion. Przez chwilę mieliśmy nawet taki zamiar, ale rozmowa z jedną Indianką sprowadziła nas na ziemię, bo okazało się, że ceny są tu prawdziwie amerykańskie.

2014_usa_canyon_de_chelly_02

Zaczynamy więc na własną rękę, od punktów widokowych… I już na pierwszym jesteśmy naprawdę pod wrażeniem! Nie spodziewaliśmy się aż takiego piękna! Kanion jest niesamowity! Czerwone pionowe ściany kontrastują z soczyście zielonym dnem, na którym widać jak na dłoni kilka malutkich budyneczków. A do tego antyczne, tysiącletnie ruiny przyklejone wysoko do półek skalnych! Widząc te cuda z góry już wiemy, że nie możemy sobie odpuścić zejścia na dno kanionu.

Ruszamy więc na kilkukilometrowy szlak, oczywiście uzbrojeni w odpowiednią ilość wody i jabłek. Zaczynamy od przejścia przez niewielki tunel wykuty w skale, by później już tylko iść zakosami w dół. Czujemy się w swoim żywiole, gdy tylko wchodzimy w litą pomarańczową skałę. Ania biegnie szybko przed siebie. Dla niej takie miejsca to jeden wielki plac zabaw, na którym mogłaby spędzać czas godzinami. Całkiem szybko docieramy na samo dno kanionu i naszym oczom ukazuje się właśnie ten widok. Widzieliśmy go już wcześniej na zdjęciach, ale w rzeczywistości wygląda naprawdę niesamowicie! To wielka gładka ściana i przyklejone do niej wysoko nad ziemią ruiny Białego Domu, wybudowanego jakieś tysiąc lat temu przez Indian Anasazi. Kanion musiał być wtedy dla nich zielonym rajem na środku pustyni, więc nic dziwnego, że wzdłuż skalnych ścian kanionu podobnych ruin można znaleźć dużo więcej.

2014_usa_canyon_de_chelly_13

Przy ruinach nie spotykamy nikogo oprócz kilku Indian przy malutkich stoiskach z rękodziełem, którzy zagadują do nas, dopytają się skąd jesteśmy, targują się nawet… :) Siedzimy pod wielkim drzewem dość długo, ciesząc oczy i uszy niesamowitymi widokami oraz śpiewem ptaków. Niechętnie stwierdzamy, że czas wracać. Jest już popołudnie, więc zbieramy się w drogę powrotną. Indianie też już pakują swój przenośny handel do jeepów. My ruszamy na piechotę ścieżką w górę kanionu, a oni zieloną doliną wracają do swoich domów. Wdrapujemy się z powrotem na górę, tradycyjnie przybijamy sobie piątkę i… ruszamy w stronę kolejnego kanionu!

Tagi , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „Kanion de Chelly

  1. Dziwnowek mówi:

    Miejsce z wielu powodów godne zobaczenia i doświadczenia. Wręcz powiewa mistycyzmem od tego typu zakątków na Ziemi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *