Island hopping…

2014_peru_titicaca_19

…czyli Titicaca jeszcze raz.

Tym razem po stronie peruwiańskiej, naszym zdaniem dużo ciekawszej. Jak i w boliwijskim przypadku logistyka to tutaj bułka z masłem. Znów tylko wystarczy pojawić się w porcie w Puno i wybrać najlepszą dla siebie opcję. My trochę kombinujemy i nie płyniemy jak typowy wycieczkowicz, ponieważ chcemy spać na jednej z trzcinowych, pływających wysp. Transport na dziś kupujemy u agenta numer 1, a transport na kolejne dni u agenta numer 2, więc szczerze powiedziawszy wielkiej pewności nie mamy, czy jutro rano ktoś nas z tych pływających wysp odbierze…;)

2014_peru_titicaca_04

Islas Flotantes de los Uros, pływające wyspy na Titicaca, są jedyne w swoim rodzaju! Wszystko, łącznie z podłożem wyspy, zbudowane jest z ciasno ze sobą splecionej trzciny. Indianie mieszkający na wyspach żyją głównie z turystyki, więc płynąc tam trzeba zacisnąć zęby i przygotować się na turystyczną szopkę. Ale taką całkiem ciekawą i niezbyt natarczywą. Dzięki krótkiemu przedstawieniu dowiadujemy się jak wyspy są zbudowane, jak wyglądały kiedyś chaty, czółna, łodzie, jakimi rybami żywią się mieszkańcy i z jakiego rękodzieła są znani. Oczywiście wszystkie te kolorowe czapki, poszewki na poduszki, misternie wykonane zabawki z trzciny można kupić na miejscu. My jednak przeżywamy szok cenowy, bo nagle w porównaniu do Boliwii wszystko kosztuje w Peru trzy razy więcej, więc tylko macamy, oglądamy i grzecznie odmawiamy :)

2014_peru_titicaca_05

Nocleg dostajemy w małej trzcinowej chatce. W środku są tylko cztery trzcinowe łóżka nakryte ciepłymi kocami z peruwiańskiej alpaki i nic więcej. Po obejściu całej wysepki i namówieniu pana rybaka na poranny połów ryb zaszywamy się całą pięcioosobową brygadą w naszym penthousie. Jest wesoło, a zasypiając rozmawiamy o rybach, wędkowaniu i Mazurach… Niestety w nocy przyplątuje się do nas jakieś paskudne zatrucie, które atakuje niemal każdego z nas i z którym na zawsze chyba będziemy Peru kojarzyć…

Rano wszyscy w czwórkę wyglądamy jak zombie, bo tej nocy w ogóle nie przespaliśmy. Ania na szczęście tryska energią i zupełnie nic jej nie jest. Albo ciągle działają na nią boliwijskie antybiotyki, albo nie zjadła tego czegoś paskudnego co my wszyscy. Po lekkim śniadaniu przypływa po nas obiecana łódź (a jednak nas nie oszukano! ;)), dajemy się na nią zapakować i płyniemy dalej. Na najwyżej położoną wyspę na świecie. A przynajmniej tak mówią tablice informacyjne.

2014_peru_titicaca_23

Do wyspy Amantani dopływamy po jakiś pięciu godzinach. Na brzegu czekają już na nas pulchne kolorowo ubrane Indianki, które mają na ugościć. Jako że przypłynęliśmy tu „na własną rękę”, to nie idziemy z całą wycieczką na lewo od przystani, tylko porywa nas pani Maxima i zaprowadza do swojego domku na prawo. Dom jest murowany, bez łazienki i bez bieżącej wody. W ogródku tuż przed kuchnią stoi wychodek, a parę metrów od niego kurek z wodą, który służy domownikom i za zlew kuchenny i za prysznic. Pomieszczenia w domu nie są ze sobą połączone (oprócz kuchni i jadalni), a z każdego z nich wychodzi się na wspólne niewielkie podwórze, na którym teraz akurat suszy się różnokolorowa fasola. Kolorowe ziarna intrygują Anię, więc rozsiada się na podwórzu rozdzielając jak Kopciuszek ziarno od plew. Słońce przyjemnie grzeje! Wreszcie można ściągnąć z siebie ciepłe bluzy i skarpety, z czego ochoczo korzystam ;) Wygrzewam się zachłannie, jakbym od miesięcy słońca nie widziała, dołącza do mnie Maxima i próbujemy pokonwersować. Pierwszy raz doskwiera mi brak znajomości hiszpańskiego, ale jakoś na migi dajemy radę.

Późnym popołudniem ruszamy na rekonesans, ambitnie chcemy dotrzeć do najwyższego punktu wyspy na Pachamama, ale szybko okazuje się że to nie takie hop siup. Jest ostro pod górę, małe nóżki się męczą, nas znów łapie zadyszka, słońce zachodzi… Przechodzimy więc tylko niespiesznie przez miasteczko, podglądamy życie mieszkańców, dla których najwidoczniej jesteśmy największą atrakcją dnia. Dzieciaki wesoło nas pozdrawiają, a ich mamusie pokazują sobie palcami Anię.

2014_peru_titicaca_18

Po zachodzie słońca wracamy do przyjaznego domku Maximy i zasiadamy przy skromnej kolacji złożonej z paru rodzajów ziemniaków przysmażonych na masełku i przepysznej herbaty muña. Rankiem Piotrek zrywa się i po raz drugi biegnie w kierunku Pachamama i po godzinie wraca zauroczony mistycyzmem wyspy i opowiada nam o pięknym wschodzie słońca, kamiennych łukach i dwóch świątyniach wybudowanych w najwyższych punktach wyspy. Chwilę później ściskamy się na pożegnanie z naszą gospodynią i wracamy na łódkę.

2014_peru_titicaca_24

Przed nami rejs w stronę trzeciej i ostatniej wyspy Taquile, szybko przez nas ochrzczonej tequilą ;) Tu zostajemy wysadzeni w jednym porcie i mamy około dwóch godzin, by dotrzeć do portu po drugiej stronie wyspy. Po drodze mijamy mnóstwo kolorowo ubranych Indianek, które wędrując po wyspie nie marnują czasu, tylko plotą kolorowe czapki, bransoletki i inne cuda. Przy okazji rozrzucają po drodze kolorowe resztki nici, których zbieranie niezmiernie cieszy Anię. Wyspa jest ładna, choć w naszym odczuciu dużo mniej autentyczna niż Amantani. Główny plac oblegają tłumy turystów, a ceny napojów i przekąsek wywindowane są na maksa, bo wiadomo że amigo gringo zapłaci każdą cenę.

Odpoczynek na ryneczku nie przynosi nam wielkiej frajdy, więc zwijamy się do łodzi. Pan kapitan i jego pomocnik, biorący akurat kąpiel w jeziorze, wypatrują nas już z daleka, machają przyjaźnie i wołają :”Ania! Ania! Anita!”;)

Po południu jesteśmy znowu w Puno, szybko znajdujemy nocleg, kolację, kupujemy bilety na autokar do Cusco, wreszcie bierzemy prysznic i szybko zasypiamy… Musimy na zapas wypocząć i nabrać dużo sił, bo czasu na Peru nie mamy zbyt wiele, a planujemy tu jeszcze trochę zobaczyć … ;)

2014_peru_titicaca_25

Tagi , , , , .Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Island hopping…

  1. Marta Kulesza mówi:

    Na Taquile rowniez chcialam sie wybrac, ale niestety zalamanie pogody na to nie pozwolilo. Faktycznie wyspy Uros sa niesamowicie turystyczne, ale mimo to niezwykle fascynujace. Jeszcze kiedys tam wroce!

    • Piotrek mówi:

      Czasami trzeba przymknąć oko na to, że coś jest zrobione „pod turystów”. Gdyby nie turyści, to wiele rzeczy już by zniknęło z powierzchni ziemi…

  2. Jolanta mówi:

    Czytam Wasz blog już od dłuższego czasu. Cała ta podróż to niesamowita przygoda, wymagająca wiele odwagi. Z mojej strony jest i podziw i zazdrość i kibicowanie połączone z trzymaniem kciuków, aby wszystko się udało i nie było niemiłych niespodzianek i niecierpliwość związana z wyczekiwaniem nowych notek z kolejną wspaniałą relacją.
    Powodzenia! :)
    http://geocachingpomojemu.blogspot.com/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *