2014_nz_tongariro_03

Z samego rana podjeżdżamy na parking przy zejściu ze szlaku. Powoli zbieramy się na autobus, gdy  nagle zauważamy niespodziankę. Guma! Dopiero co zaparkowaliśmy, a tu nie wiadomo skąd nagle kompletny flak. Nie mamy czasu nic z tym zrobić, bo za chwilę odjeżdża nasz autobus, więc będzie dodatkowa rozrywka wieczorem. Przynajmniej nikt nam nie zwinie auta jak będziemy w górach…

Autobusem dojeżdżamy na początek szlaku, dzisiaj czeka nas cały dzień marszu przez Mordor. Najpierw kilka kilometrów po płaskim i Ania cały czas idzie sama na nogach zasłuchana w opowieści o Władcy Pierścieni. Dzięki temu tempo mamy wyjątkowo piknikowe, wszyscy nas wyprzedzają i zostajemy na szlaku praktycznie sami. Wokół księżycowe krajobrazy, a my powoli okrążamy wielki stożek Ngauruhoe, ostatnio bardziej znany jako Mount Doom. Wreszcie dochodzimy do zbocza zalanego czarną lawą i na schodach nasza dziewczyna kapituluje, ale tylko na chwilę, bo na samą górę wchodzi już sama. Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy niesamowity krajobraz, gdy niespodziewanie dogania nas kolejna ekipa z Polski! W sam raz przydaje się nam dłuższa przerwa na pogaduchy.

2014_nz_tongariro_08

Dalej idziemy kompletnie płaskim i wyglądającym jak wyschnięte jezioro dnem południowego krateru. Tutaj zaczyna się chmurzyć i od razu robi się dużo zimniej, więc wkładamy na siebie wszystko co mamy i stromym zboczem wchodzimy na szczyt Czerwonego Krateru. Tu mimo wiatru zatrzymujemy się na dłuższą chwilę, żeby zajrzeć do zardzewiałego wnętrza. Grzejemy się trochę przy ciepłych i dymiących skałach, a później powoli schodzimy usypiskiem w stronę zielonych jeziorek. Dla takiego widoku warto było się pomęczyć… Przy największym jeziorku robimy sobie przerwę na lunch i nabieramy sił do długiej drogi w dół.

2014_nz_tongariro_14

Na północnym stoku docieramy w pobliże krateru Te Maari, który podczas ostatniego wybuchu rozrzucił trochę nowych głazów parę metrów od ścieżki… Robi wrażenie, w szczególności, że krater ciągle produkuje białe chmury dymu, a w powietrzu unosi się zapach siarki… Zakosami docieramy do chatki Ketetahi, która ze względu na rozbudzony wulkan jest teraz zamknięta na cztery spusty. Stąd już tylko kilka kilometrów w dół przez las i wreszcie można się zabrać za zmianę koła ;)

19 Comments

  1. Orlik

    …i co tu komentować…? Niesamowite! Piękna wyprawa. Jedyny wulkan jaki zdobyliśmy to Wezuwio i on już robił wrażenie, a co dopiero taki Mordor!!! Sprawdziłam ceny biletów do NZ i mam doła jak ten krater. Może koło setki będzie nas stać :), no chyba, że wygramy w „totka” ha!

  2. Natalia

    Jej! Jakbym się cofnęła w czasie:) Ja się tam wspinałam w ósmym miesiącu ciąży i myślę, że trasy w Mordorze są fantastycznie zaadaptowane pod turystów, w tym dzieci i ciężarne właśnie;P W ogóle zapamiętałam ten kraj jako świetnie przystosowany pod turystów, wszędzie parkingi, fajne ścieżki, półdzikie pola namiotowe, częste toalety przy drodze..ciekawe, czy macie takie samo wrażenie?

  3. Ach, jak Pięknie!!!!!! Jedno z naszych ulubionych miejsc w Nowej Zelandii. Byliśmy tam dwa razy – raz w chmurach, drugi raz w lodzie. Za każdym razem pięknie, nigdy nie mieliśmy jednak takich kolorowych widoków na wodę.

  4. Pingback: Gdzie jechać w 2015 roku? Natura | Zależna w podróży | Gdzie jechać w 2015

    1. Najlepszy czas na Nową Zelandię to lato – czyli od grudnia do marca, ale i w tym okresie pogoda może być kapryśna. Taki już urok Nowej Zelandii. My byliśmy na przełomie marca i kwietnia i prawie cały miesiąc było słonecznie. W marcu/kwietniu jest też znacznie taniej niż w grudniu/styczniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *