Tydzień w wielkim mieście

2016_australia_melbourne_01

Australijskie zimowanie czas zacząć! Na początek zupełnie niestandardowo lokujemy się w dużym mieście – w Melbourne. I zupełnie nie z tego powodu, że koniecznie Melbourne chcemy zobaczyć. Nie. Miasta na wakacjach zazwyczaj omijamy szerokim łukiem i do Australii również przylecieliśmy głównie po to by pobyć na pustkowiach, by wygrzać się na plaży i oczywiście by zobaczyć kangury. A australijskie miasta, pomimo tego że mają i plaże i ogrody zoologiczne z kangurami, to jednak są to ciągle miasta.

Dla nas pobyt w Melbourne to pewnego rodzaju aklimatyzacja, coś jakby przejście z codziennego życia w tryb wakacyjny. Chcemy porządnie wypocząć po długiej podróży, stawić czoło jet lagowi, przyzwyczaić się do temperatur oraz delikatnie, krok po kroczku wprowadzić Patryka w nową podróżniczą rzeczywistość. Szybko okazuje się, że tak długi pobyt w dużym mieście fantastycznie spełnia się w roli tego naszego wakacyjnego bufora. Sypiamy do późnych godzin, pod nosem mamy sklepy, restauracje i parki, a miejską plażę w odległości paru tramwajowych przystanków.

2016_australia_melbourne_29

Tak jak zaplanowaliśmy jeszcze w domu nasze australijskie wakacje zaczynamy od … porządnego wyspania się!!! Nie ma co ukrywać – jesteśmy zmęczeni nie tylko lotem na drugi koniec świata, ale też dość intensywnymi dniami tuż przed samym wylotem. Jet lag na szczęście wcale nie jest aż taki straszny jak go malują, zresztą ja i Piotrek jakoś nigdy specjalnie go nie odczuliśmy. Ania też jest zaprawiona w boju i dzielnie daje sobie radę z nowym rozkładem dnia. Zasypia i budzi się co prawda ciut później niż w domu, nie ma apetytu w dzień, a do tego co noc w samym jej środku budzi się z napadami wilczego głodu. Przez parę nocy zaledwie. Z dnia na dzień rytm naturalnie sam się ustawia, bez wielkiej walki. Za to czteromiesięcznemu Patrykowi jet lag zupełnie nie jest straszny. Z naszą podróżą trafiliśmy na ten złoty okres niemowlęctwa, kiedy bobasowi do szczęścia potrzebne są tylko odpowiednia ilość mleka i czułości. A sen oczywiście przychodzi zawsze, gdy obydwa te warunki są spełnione ;)

Wolny od codziennych obowiązków czas wykorzystujemy na maksa po prostu przebywając ze sobą. Dnie zaczynają się długimi porannymi przytulańcami – wreszcie nie budzi nas budzik i nie trzeba się nigdzie spieszyć! Śniadania jedzone w łóżku i przeplatane zabawą przeciągają się zazwyczaj aż do obiadu. A na obiad, wiadomo, warto już wyjść z łóżka ;) Z pustymi brzuchami wędrujemy zatłoczonymi uliczkami wielkiego miasta i wypatrujemy smakołyków – a to wielkiej michy zupy Pho, a to wegetariańskiego hinduskiego Dal Bhat, a to kaczki po pekińsku. Objadamy się tymi smakołykami do nieprzyzwoitości – w końcu są Święta, a w Święta można! ;) Na wigilijną kolację tradycyjnie wybieramy rybę – australijskie fish & chips, które kupujemy w małej budce przy plaży, a następnie wyjadamy z kartonu palcami na samiutkiej plaży. Takie jest to nasze tegoroczne świętowanie ;)

2016_australia_melbourne_14

W mieście atmosfery świątecznej w ogóle nie czuć. Owszem nad ulicami powiewają ozdoby świąteczne, z klocków LEGO wybudowano wielką choinkę i Mikołaja z deską surfingową pod pachą, jedna para galopuje przez  skrzyżowanie w rogach renifera na głowach, paru plażowiczów na miejskiej plaży opala się w mikołajowych czapeczkach … i tyle. Nawet z głośników w sklepach nie leci żadne „Jingle Bells”. Świątecznej atmosfery brak i może nawet z pożytkiem dla nas, bo jakoś tak mniej tęsknimy za tym, że nie ma nas tam, gdzie są wszyscy dla nas najważniejsi…

O ironio, dużą frajdę sprawia nam PolArt – polonijny festiwal artystyczny, na który trafiamy zupełnie przypadkiem. Polskie flagi powiewające na Placu Federacji od razu przykuwają naszą uwagę, a pod sceną wsiąkamy na dłużej głównie dzięki Ani, zafascynowanej wszelkiego rodzaju tańcami i ubraniami ludowymi. Tak jak na Bali, tak samo w Melbourne, Aniuta z rozdziawioną buzią ogląda krakowiaki i kujawiaki, a gdy na scenę wyskakują chłopcy w jej wieku i tańczą krzesanego, to przejęta Ania oznajmia, że chce zamieszkać w Australii i tańczyć razem z nimi w zespole :) Kto by pomyślał, że z tańcami szczawnickich górali Ania spotka się po raz pierwszy na drugim końcu świata!

Oprócz tańców, niezłą atrakcją PolArtu jest też teatrzyk o Smoku Wawelskim, robienie z papieru wianka i ciupagi oraz obowiązkowo zajadanie polskich kiełbasek, które po tej stronie globu smakują naprawdę nieźle, a nazywają się „polish kransky”. Zajadając grillowane kiełbaski plątamy się wokół Placu Federacji, gdy kątem oka zwracamy uwagę na zatoczona uliczkę. Skoro są tam ludzie, to pewnie jest też coś ciekawego, stwierdzamy i idziemy w kierunku tłumów. A uliczka przypomina wielką, kolorową malowankę! Próbujemy skupić się na pojedynczych malowidłach, jednak szybko dostajemy oczopląsu. Graffiti występują tu w nadmiarze :) W międzyczasie Piotrkowi przypomina się, że ponoć Melbourne ze streetartu jest znane. I pewnie tak jest, skoro tu, jak i na Santorini, znów fotografom do zdjęć pozują japońskie pary młode…

2016_australia_melbourne_18

Tak właśnie wygląda to nasze poznawanie Melbourne. Trzeba przyznać, że traktujemy je nieco po macoszemu, zwiedzając mało, krótko i zupełnie nie te miejsca, które szanujący się turysta zwiedzać powinien.  Być może dlatego Melbourne samo w sobie zupełnie nas nie zachwyca. Ot, po prostu miasto jakich wiele. Centrum biznesowe, parki, rzeka, parę szklanych wieżowców, tłok, turyści, menele… Ci ostatni jakoś szczególnie rzucają się nam w oczy, chyba dlatego że odwykliśmy już od podobnych widoków. Ale też nigdy nigdzie nie widzieliśmy żebrającej młodej sprawnej dziewczyny siedzącej na ładnie zaścielonym materacu na chodniku pod sklepem. Obrazek taki powtarza się co parę metrów – to dziewczyna, to mężczyzna, to rozgadana para… Siedzą pod tymi ścianami całymi dniami zapuszczając korzenie i pilnując zapewne swojego dobytku i rewiru. Ot i urok wielkich miast.

2016_australia_melbourne_35

Tagi .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *