To się nazywa sjesta!

2014_argentyna_sjesta_09

Jeszcze na Wyspie Wielkanocnej dopytywaliśmy Hiszpanów o sjestę i gdy usłyszeliśmy: „Nieeee, my w Hiszpanii sjesty nie mamy … tylko dwugodzinną przerwę na lunch …” to i my i kolega z Chin wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Do tej pory wydawało nam się, że dwie godziny przerwy, to już sjesta, jednak po paru dniach spędzonych w argentyńskich miasteczkach szybko przekonaliśmy się jak wygląda prawdziwa sjesta. A było to tak …

… Jest już grubo po godzinie 10, więc najwyższy czas opuścić naszą przytulną cabanię. W ostatniej chwili i z wielkim wahaniem pakujemy jeszcze to co zostało po śniadaniu. Bułeczki, parę plasterków sera, jajka na twardo, jogurt. Tak na wszelki wypadek, mówimy. Trzy godziny później zatrzymujemy się w pierwszym lepszym miasteczku mając ochotę na lunch. Albo chociaż na jakieś słodkie bułki. Nooo, w ostateczności chociaż na sok jabłkowy. Nic z tego. Na wszystkich drzwiach od sklepów i sklepików widzimy napis cerrado. Zamknięte. Rozglądamy się wkoło i dociera do nas, że całe miasteczko jest bardzo wyludnione i senne. Nikt nie pląta się po ulicach, a jedynie na ryneczku, w strefie free wi-fi siedzi paru młodzieniaszków, każdy na osobnej ławeczce, każdy ze swoją komórką w ręce…

2014_argentyna_sjesta_11

Na pierwszym postoju na pustyni zjadamy to, co na szczęście wzięliśmy ze sobą. Jedziemy jeszcze dalej, a gdy zbliża się godzina 16 zaczynamy szukać noclegu. Tym razem pada na hotelik w centrum miasta. A raczej miasteczka. Cieszymy się z Anią, bo tuż obok hoteliku jest pizzeria, a my na pizzę mamy już ochotę od paru dni! Zanosimy plecaki na górę i ruszamy na podbój miasta. Miasteczka raczej ;) Tym razem znów odbijamy się od drzwi z wywieszką cerrado. Wracamy do siebie, by zjeść ostatnie 2 jajka na twardo i dwie godziny później znów idziemy śliniąc się na samą myśl o pizzy. O tej godzinie jest ciut lepiej! Znajdujemy otwarte autoservicio, czyli po naszemu samoobsługowy (nie mylić z serwisem samochodowym, jak to było w naszym przypadku;)) i kupujemy zapasy na jutro. Nie łudzimy się, że jutro o jedzenie będzie prościej.

Wracając do hoteliku pytamy o godzinę otwarcia knajp. 20:30 – mówi uprzejma pani. Zagryzamy zęby, przekonujemy Anię, że pizza będzie warta tak długiego czekania i wracamy do siebie. O 20:30 po raz trzeci wychodzimy „na miasto”. Jesteśmy oczywiście pierwszymi gośćmi w pizzeri, powoli dochodzi godzina 21, piec jeszcze się rozgrzewa, a Ania dostaje głupawki. Takiej z głodu i ze zmęczenia. Dla niej, jak dla typowego europejskiego dziecka, sjesta i jedzenie w „środku nocy” są zupełnie nowym doświadczeniem. Dla lokalnych dzieciaków najwidoczniej nie, bo one dopiero teraz wybiegają na place zabaw i z wielkim entuzjazmem oddają się zabawie…

2014_argentyna_sjesta_14

Pierwsze parę dni podczas naszego road tripu w Argentynie naprawdę nas zaskoczyły. Szybko jednak przyzwyczailiśmy się do godzin sjesty i do jedzenia po nocy. Zaczęliśmy też zauważać, że w określonych godzinach leżą wszyscy. Nawet drogowcy przy drodze :) Ci leżąc tuż przy świeżo położonym asfalcie podnosili głowy i machali nam, gdy koło nich przejeżdżaliśmy. Takie tam urozmaicenie w sjestowaniu ;)

Na nasze szczęście miasteczka, które odwiedziliśmy na początku naszej trasy po Argentynie były miasteczkami zupełnie nieturystycznymi. Lub raczej nie przygotowanymi do turysty zagranicznego. Te właśnie miasteczka zapamiętamy chyba najbardziej, bo wywarły na nas największe wrażenie. Te zlokalizowane na środku pustyni, obsadzone topolami,  z dwoma ulicami na krzyż. Te osady paru parterowych domków, wybudowanych z glinianych, suszonych na słońcu cegieł, w których czas płynie zupełnie inaczej. Te mieściny, w których małe zakupy trwają dobre pół godziny, bo pani ekspedientka w międzyczasie musi wycałować cztery koleżanki, poplotkować z dwoma przyjaciółkami, a w przerwie między krojeniem sera zważyć na wadze butlę gazową ;)

Im bardziej na północ, tym bardziej turystycznie się zrobiło. Miasteczka odwiedzone przez nas były większe, jakby bardziej wypielęgnowane, no i przede wszystkim obstawione straganami. W godzinach sjesty restauracje pootwierane, a do tego ceny posiłków spadały o połowę, co nam z jednej strony odpowiadało, a z drugiej jednak tęskniliśmy za klimatem prawdziwej sjestującej Argentyny …

2014_argentyna_sjesta_15

Tagi , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Jedna odpowiedź na „To się nazywa sjesta!

  1. Justa mówi:

    Niezła sjesta… Piękna Wasza rodzinna wyprawa, piękne zdjęcia! Bardzo miło się czyta wasz pamiętnik :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *