Domek na kółkach

Domek na kółkach

2014_nz_hobbiton_04

Dotarliśmy! Ale zanim mogliśmy stanąć na nowozelandzkiej ziemi, musieliśmy pokonać tor przeszkód z zasiekami na lotnisku. Najpierw przesłuchanie na kontroli paszportowej. Adresy? Nazwiska? Kontakty? No i gdzie wy w ogóle macie dom? Aaaa… a co tu chcecie robić? Wakacje? Hmmm… widzę, że długo byliście w Azji… to jak długie macie te wakacje? Rok??? A czy wy w ogóle macie pracę? Taaaak? A gdzie? Acha, acha… w takim razie życzę miłego pobytu w Nowej Zelandii. I odchodzimy z nowymi pieczątkami w paszportach.

Dalej kontrola biologiczna, wzdłuż korytarza tablice nakazujące wyrzucić wszystkie owoce. Ostatnia szansa przy bramce z kontrolerem, któremu trzeba się dokładnie wyspowiadać z zawartości plecaka. Później plecaki idą pod rentgen i od teraz za przemyt każdego jabłka kara pieniężna. Ufff udało się, idziemy dalej. Ale co jest? Czemu ten pies skacze do Domi??? Mundurowy każe zdjąć plecak i bezpretensjonalnie wybebesza wszystko prosto na podłogę. A tu nic, żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Dobry ma pies węch, pewnie wyczuł nasze kanapeczki z szyneczką, które przezornie zjedliśmy jeszcze w samolocie. Zbieramy się dalej, szybko odbieramy fotelik dla Ani i chwilę później jesteśmy już w naszym motelu.

2014_nz_hobbiton_02

Z samego rana z fotelikiem pod pachą wyruszamy odebrać nasz pojazd. Po drodze mijamy kilka wypożyczalni z pachnącymi nowością wielkimi kamperami, na takie emerytowozy przyjdzie jeszcze czas… Wreszcie dochodzimy na miejsce, a tam czeka już na nas wymarzony krążownik szos marki Mazda Bongo o oszałamiającej pojemności silnika 1,8 litra, przez fachowców nazywany economy campervanem. Przyglądamy się krytycznie… fajny! Wskakujemy do środka i myszkujemy po kątach. Na szerokość się mieścimy, na długość też, kuchenka działa, garnków i misek cały wór. Jest klima, skóra i elektryka. Fotelik od razu ląduje pośrodku szoferki – taaak, to jest zdecydowanie prorodzinny pojazd, nie tak jak u konkurencji, gdzie zwiedzają tylko rodzice, a dziecko siedzi samo gdzieś z tyłu. Jeszcze tylko papierkologia i możemy jechać!

2014_nz_hobbiton_07

Od razu kierujemy się na południe w stronę Matamata, gdzie czeka na nas cel numer jeden, czyli Hobbiton! W miasteczku odnajdujemy sklep z elektroniką, gdzie wyposażamy się w kartę do telefonu i uruchamiamy łączność ze światem. Później kierujemy się w stronę najbliższego pola kempingowego i po kolacji wczuwamy się w klimat odpalając pierwszą część Hobbita, specjalnie na tą okoliczność zakupionego za całego dolara jeszcze w Wietnamie. Następnego dnia dobrze przygotowani podjeżdżamy do zielonej krainy i od razu dołączamy do wycieczki. No właśnie… wycieczki. Niestety po Hobbitonie nie można się plątać samemu, ale za to od przewodnika można się dowiedzieć jak to możliwe, że na filmie domki hobbitów są takie małe, a w rzeczywistości znacznie większe i na której ławeczce siedział Bilbo, gdy rozmawiał z Gandalfem… I na koniec gwóźdź programu, zachodzimy do Zielonego Smoka, gdzie czeka na nas piwo imbirowe prosto z hobbitowej browarni. Z alkoholem nie ma to nic wspólnego, więc Ania z dumą opróżnia cały kufel ;) Kolejne marzenie spełnione, a my od tej pory możemy codziennie opowiadać historie o hodbitach i dobrym czarodzieju ;)

21 Comments

  1. Hej, no nareszcie… już nie mogliśmy się doczekać relacji z Nowej Zelandii… rewelacja a i samochodzik wygląda całkiem przyjemnie… ile za niego płacicie? (nie byłbym sobą gdybym o to nie zapytał)
    trzymajcie się ciepło.
    pozdrawiamy

  2. janusz

    n.z. 95% kraju nie ma zasiegu. zasieg tylko w miastach i na glównych drogach. czasem trzeba przejechac 100 km zeby miec zasieg. leje. nie mozna WOGÓLE wysiadac z auta bo meszki. zawsze i wszedzie. leje. nazi department of tourism zabrania wszystkiego, wszedzie. spanie na dziko to bullshit – albo masa niemców, albo o 6tej rano przychodzi nazi i daje mandat. leje. depresja. kilo baraniny w sklepie 40 dolarów. surowej. gotowej do jedzenia nie ma. kilo czeresni 40 dolarów. leje. benzyna w cenie europy, dwa razy wiecej niz w australii. 4 razy wiecej niz US. leje. meszki. cale fjordy nie maja dróg, sa niedostepne. meszki. leje. komary i baki w arktyce to zero w porównaniu do meszek. leje. zeby znalezc miejsce na noc, trzeba pojezdzic ze 2-3 godziny, wszedzie ploty i zakazy. wszedzie!!!!! aplikacje z miejscami do spania wysylyja wzystkich niemców na malutkie parkingi na 5 aut, stoi sie drzwi w drzwi, jak przed supermarketem. jak sie stanie z boku, to mandat. leje. meszki. nie mozna zagotowac wody bo meszki. i leje. trzeba przeskakiwac wyspe z poludnia na pólnoc, albo wschód zachód zeby nie lalo. n.z. jablka po 5 dolarów za kilo. te same jablka wszedzie indziej na swiecie po 1.50 dolara. aftershave za 50 dolarów w normalnym swiecie tam kosztuje 180.
    wszystkie mosty sa na jedno auto, poza Auckland. miasteczka wygladaja tak: bank, china takeout, empty store, second hand ze starymi smieciami, empty store, china takeout, second hand, bank and so on – kompletny upadek i depresja. pierwszy raz w zyciu kupowalem w second handzie. wejscie na gorace kapiele 100 dolarów. dwa razy psychopaci zagrazali mojemu zyciu (wyspa pólnocna, srodek-wschód), jeden z shotgunem. policja to ignoruje.
    co by tu jeszcze? jest pare dobrych rzeczy, wymieniam zle, bo NIKT tego nie mówi. bardzo latwo zarejestrowac auto, ubezpieczenia nieobowiazkowe i tanie. przeglad co 6 miesiecy. w morzu sie nikt nie kapie, poza surferami, zimno, prady. meszki doprowadzaja do obledu.nie ma na nie sposobu. wszedzie mlodociane adolfki. tysiacami. supermarkety, maja ich 3, sa tak zle,ze nie ma co jesc. marzy sie o powrocie do swiata i normalnym jedzeniu. ogólnie marzy sie o normalnym swiecie, caly czas odlicza dni do wyjazdu . w goracych wodach maja amebe co wchodzi do mózgu. no chyba ze sie zaplaci 100 dolarów za wstep, to mówia ze nie ma ameby

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *