Odrobina zachodu na wschodzie

2013_singapur_19

Wiedzieliśmy, że Singapur będzie inny niż wszystko do tej pory, ale nie podejrzewaliśmy, że przekonamy się o tym jeszcze przed lądowaniem. Gapiąc się przez samolotowe okienko tuż przy brzegach Singapuru zobaczyliśmy coś na obraz parkingu przed tesco w okresie przedświątecznym, tyle że w tym wypadku zamiast samochodów w dole pełno było tankowców i statków towarowych. No to już na pewno wiemy, że Singapur jest raczej znanym portem.

Z lotniska dostaliśmy się do miasta miejskim autobusem i w ciągu pół godziny kilkukrotnie przeżyliśmy szok. Najpierw gdy okazało się, że bilet kupuje się u kierowcy za odliczoną kwotę, a my mieliśmy jedynie pięćdziesiątki z bankomatu. Już mieliśmy wysiadać z całym majdanem, gdy kobieta stojąca obok szybko wrzuciła za nas trzy dolary i na widok naszych zdziwionych min tylko się uśmiechnęła. Później gdy czekaliśmy na drugi autobus i chcieliśmy kupić coś na ząb, sprzedawczyni nie miała drobnych, żeby nam wydać, więc dostaliśmy za darmo pierożki warte parę dolarów. Przeszło nam przez myśl, że jak tak dalej pójdzie, to w Singapurze nie wydamy ani grosza.

2013_singapur_17

A jaki jest Singapur? Przede wszystkim można na chwilę zapomnieć, że jest się w ogóle w Azji. Wszędzie czysto i pachnąco, wypielęgnowane chodniki i ulice, no i od razu rzuca się w oczy brak skuterów! Za to na ulicach rządzą auta z wyższych półek, wypolerowane Audi i Mercedesy, nawet Hyundaie wcale nie wyglądają na najtańsze. Porządek panuje wszędzie, a wszechobecne tabliczki i nalepki przypominają o tym co wolno i czego nie wolno, gdzie uważać na głowę i jak iść, żeby się nie pośliznąć… Po tym mieście zachodu jeździliśmy sobie piętrowymi autobusami jak w Londynie i dopiero wieczorem, gdy wysiadaliśmy na swoim przystanku w Geylang, witał nas zapach duriana, zasiadaliśmy przy pieczonej kaczce z ryżem i znowu mogliśmy poczuć, że jednak jesteśmy w Azji.

2013_singapur_07

W Singapurze spełniło się jedno z naszych marzeń, kiedy wybraliśmy się do oceanarium z prawdziwego zdarzenia. Takiego, w którym mogliśmy zobaczyć rekiny i delfiny, a od wielkich ryb dzieliła nas jedynie grubość szyby. Na wyspie Sentosa spędziliśmy cały dzień, bo po zapoznaniu się z setkami gatunków ryb i rybek w najzwyczajniejszy na świecie sposób zalegliśmy na pięknej sztucznej plaży :) Przy okazji zaliczyliśmy też kolejny sukces, bo postawiliśmy stopy na najbardziej wysuniętym na południe koniuszku kontynentalnej Azji. Wikipedia twierdzi inaczej, ale nam akurat bardziej odpowiada singapurska wersja :)

2013_singapur_14

Ponieważ lubimy sobie pospacerować pomiędzy wieżowcami i popodglądać jak to innym jest dobrze w pracy, nie mogliśmy nie zajrzeć do centrum interesu i biznesu przy Marina Bay. Szklane downtown stojące nad samą wodą od razu skojarzyło nam się z londyńską Wyspą Psów, tyle że w Londynie nie mają takiego fajnego statku stojącego na trzech wieżowcach :) A tuż za statkiem świeżo wybudowane ogrody. Wysokie stalowe drzewa, w parku zgromadzone i opisane chyba wszystkie rodzaje ogrodów i roślin, zamiast prawdziwych ptaków ćwierkają głośniki, a w tle widać szklane wieżowce. Nooo tu to już poczuliśmy się jak w XXII wieku, kiedy wyginą wszystkie lasy a prawdziwe rośliny będzie można obejrzeć w takich właśnie rezerwatach :)

2013_singapur_24

W przedostatni dzień zrobiliśmy sobie jeszcze wycieczkę do Małych Indii, głównie w celach kulinarnych. Nie żeby nam się przejadło to co ma do zaoferowania Geylang, bo to niemożliwe, ale po prostu mieliśmy ochotę na trochę odmiany. W drodze dorwała nas chmura i nie zostawiła na nas suchej nitki, więc gdy już dotarliśmy na miejsce mogliśmy schnąć do woli wchłaniając indyjskie smakołyki.

Na koniec jeszcze singapurska ciekawostka i dlaczego z Singapuru pojechaliśmy do Johor Bahru, pierwszego malezyjskiego miasta tuż za granicą, zamiast wsiąść prosto w autobus lub pociąg do Kuala Lumpur. W Singapurze ceny są takie same jak w Malezji – czyli jeśli coś kosztuje na przykład 30 ringgitów, to w Singapurze też kosztuje 30, tyle że dolarów. A że dolar jest ponad 2,5 razy droższy od ringgita, to w Singapurze żadnych biletów po prostu nie opłaca się kupować. Ot i cała tajemnica :)

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

7 odpowiedzi na „Odrobina zachodu na wschodzie

  1. Włóczykijka mówi:

    Piękne to oceanarium! Ten błękit na zdjęciach. I widoki Singapuru nocą w całej swej nowoczesności- tez super!

    • Domi mówi:

      Singapur to naprawdę fantastyczne miejsce i mamy nadzieję, że jeszcze nie raz tam wrócimy, bo zostało nam tam jeszcze wiele do zobaczenia ;)

  2. junior mówi:

    Super zdjęcia. Moglibyście napisać jaki macie aparat i obiektyw? W szczególności chodzi mi o zdjęcia robione w nocy bez statywu. Jeśli napisalibyście też coś o ustawieniach tak aby osiągnąć taki efekt byłoby super.
    Fajny blog, niedawno na niego trafiłem i bardzo mi się spodobał. Mam nadzieję że i naszej rodzince uda się coś podobnego. Powodzenia i pozdrawiam

    • Piotrek mówi:

      Mamy Canon 60D + obiektyw 15-85. W nocy zazwyczaj zdjęcia robię ja, bo mam pewniejszą rękę od Domi :))) Nie jestem żadnym specjalistą, ale zawsze staram się znaleźć jakąś barierkę do oparcia, a już najlepiej gdy się uda znaleźć jakiś murek lub schodek – wystarczy aparat położyć i pyknąć z samowyzwalacza – zero poruszeń :))) Co do ustawień – wysokie ISO (800 i w górę), mała wartość przesłony i zmniejszona ekspozycja (zdjęcie ciemniejsze, ale i czas krótszy). Wiadomo, najlepiej byłoby mieć statyw, ale kto by to targał? :)))

  3. Ania K. mówi:

    Gdybyscie jeszcze raz chcieli zobaczyc piekne oceanarium, to polecam rowniez to w Lizbonie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *