Bali Roadtrip – część 2

2013_indonezja_bali_roadtrip2_08

Dzień 3 – chlup! i toksyczna ryba

Zaraz po śniadaniu opuszczamy Amed i jedziemy w stronę Tirta Ganga – pałacu na wodzie. Po drodze mijamy zieloniutkie tarasy ryżowe i tak się nimi zachwycamy, że przegapiamy parking przed pałacem. No trudno … dopytujemy o drogę, zawracamy, dopytujemy jeszcze dwa razy i już parkingowy pokazuje nam, które miejsce możemy zająć. Jak to już na nas przystało zanim dotrzemy do kasy mija prawie godzina. Potrzebujemy tej godziny, żeby zjeść obiad, nakupić owoców i znaleźć lody ;) Gdy już brzuszki są napełnione ruszamy w stronę głównej atrakcji, a tam jak na pałac wodny przystało jest dużo atrakcji, które przyciągają uwagę Ani. To fontanny, to ryby, to basen, to sadzawka z labiryntem z kamiennych pali po których można sobie skakać.

2013_indonezja_bali_roadtrip2_01

Ania rusza odważnie przed siebie, hopsa sobie po palach podśpiewując i wygłupiając się … i już pod koniec gdy przestajemy zwracać uwagę na każdy jej krok słyszymy głośne chlup! Chwila moment a Młoda już ma głowę nad wodą, Piotrek ją wyciąga i wszyscy zaczynamy się śmiać. Mokra suknia szybko wysycha, ale na skakanie Ania już nie ma więcej ochoty :) Znów zbiera się na deszcz, więc rezygnujemy ze zwiedzania środkowej części wyspy i jedziemy nad morze, do Padangbai. Urwanie chmury, które dopada nas gdzieś w połowie drogi zamienia się w regularny deszcz, który znamy z Europy … i siąpi tak do wieczora, więc z plaży nici.

Wybieramy się za to na kolację na rybę, skoro już nad morzem jesteśmy. Zamawiamy trzy identyczne dania, chcemy jeszcze posiedzieć przy drugim piwie w knajpie, ale się ewakuujemy, gdy Ania zaczyna się skarżyć, że coś ją pogryzło za uchem i rzeczywiście ma dużo bąbli. Mnie też straszliwie zaczyna boleć głowa, myślę że ze zmęczenia, więc jak tylko wchodzimy do pokoju to kładę się do łóżka. Chwilę później zauważamy, że na całym ciele, od stóp do głów, mam wielkie bordowe plamy. Dopiero po kąpieli schodzą, ale tylko na chwilę, bo zaraz znów się pojawiają. Podejrzenia od razu padają na rybę, oglądamy jeszcze Anię, bo już wiemy że to nie było żadne ukąszenie, ale jej już na szczęście wszystko zeszło. Po jakiejś godzinie nagle wracam do swoich kolorów i przestaje boleć mnie głowa, jak ręką odjął… Dziwne to wszystko było … jak do archiwum X ;)

Dzień 4 – wielkie fale

2013_indonezja_bali_roadtrip2_12

Rano wita nas piękne słońce, więc postanawiamy najpierw jechać na plażę. Ponieważ w samym mieście plaża jest zbyt zatłoczona łódkami, wybór pada na małą plażę, której lokalizacja spodobała nam się na mapie. Podjeżdżamy trochę samochodem, następnie idziemy chwilę przez las i to co widzimy bardzo nam się podoba! Wreszcie biały piasek, szeroka plaża, mało ludzi … i wielkie fale! Naprawdę wielkie, co najmniej 2 metrowe, huczące, zawijające się tuż przy brzegu i co rusz zalewające niemal całą plażę. Nie jest to idealne miejsce dla dziecka, więc postanawiamy chwilę zostać, a później przenieść się na spokojniejszą ponoć Błękitną Lagunę. Chwila jednak rozciąga się do paru godzin, bo okazuje się, że Ani te fale zupełnie nie przeszkadzają i potrafi się świetnie bawić na brzegu, uważnie obserwując morze. Nam za to dużo radości sprawia bujanie się na falach i bycie poniewieranym przez morze ;) Po raz pierwszy w życiu doświadczamy tego, że fala powracająca może być dużo silniejsza niż ta przypływająca.

Po jakimś czasie standardowo już zaczyna się chmurzyć, więc szybko planujemy jakąś wycieczkę w głąb wyspy. Wybieramy Besakih Temple, podobno absolutne must see na Bali. Jedziemy przez naprawdę piękne miejsca i im wyżej się pniemy tym bardziej psuje się pogoda. Na parkingu pod świątynią oczywiście zaczyna padać na dobre, odczekujemy w samochodzie godzinę … i zawracamy ;) Już wiemy z własnego doświadczenia, że w górach nie ma co czekać na przejaśnienie. Tak właśnie wygląda początek pory deszczowej na Bali i nawet miejscowi mówią, że jak zaczęło padać, tak może padać i 3 godziny. Nie zobaczyliśmy najważniejszej świątyni na Bali, ale zupełnie nas to nie smuci. Przy takim długoterminowym podróżowaniu zupełnie zmieniło nam się podejście do zwiedzania i „zaliczania” kolejnych atrakcji …

Dzień 5 – znów deszcz

2013_indonezja_bali_roadtrip2_15

Planów na dziś mamy parę. Najważniejszy z nich to ponowne odwiedziny Jatiluwih i to koniecznie jak najwcześniej, żeby zdążyć jeszcze przed deszczem. Chcemy trochę pochodzić wśród tarasów ryżowych i spędzić tam więcej czasu. Pakujemy się stosunkowo szybko i ruszamy w drogę, a do przejechania mamy pół wyspy. W Jatiluwih jesteśmy około południa, panowie bileterzy na szczęście akceptują nasze bilety sprzed pięciu dni. Mijamy pierwsze punkty widokowe i … oczywiście zaczyna lać. Kolejny raz postanawiamy przeczekać deszcz w samochodzie. Liczymy na choćby godzinę przejaśnienia. Nic z tego. Przerwa między jedną a drugą ulewą jest na tyle krótka, że wystarcza nam tylko na przejście paru kroków z parkingu do punktu widokowego. Do samochodu wracamy galopem ;) W drodze powrotnej deszcz nie przestaje padać, rezygnujemy więc z kolejnych atrakcji i wracamy prosto do Ubud.

Fajnie było mieć samochód na te pięć dni. Dzięki temu zwiedziliśmy kawałek Bali i przede wszystkm mogliśmy dużo taniej, szybciej i wygodniej dotrzeć w miejsca, w które normalnie trzeba byłoby się tłuc busikiem albo taksówką. Co najważniejsze, przemieszczając się samochodem byliśmy totalnie niezależni a trasę dostosowywaliśmy do naszych sił i pogody. Chyba będziemy rozważać tą opcję na kolejnych etapach naszej podróży … ;)

Otagowany , , , , , , , , .Dodaj do zakładek permalink.

6 Komentarzy do Bali Roadtrip – część 2

  1. zazdrościmy i podziwiamy (jak caly czas zresztą :)

  2. Włóczykijka mówi:

    Ten deszcz to widocznie nieustanny towarzysz Balijczyków… Świątynie i morze- najlepsze place zabaw na świecie! I jak to cudownie rozwija wyobraźnię. A co do przygód z toksyczną rybą- nie zazdroszczę!

    • Domi mówi:

      Nigdy więcej barakudy! ;)
      A swoją drogą ciekawe jest to, że po ulicznym indonezyjskim żarciu nigdy nam nic nie było, a nacięliśmy się na ładną, „droższą” restaurację …

  3. ania mówi:

    Witam, Czy przed podróżą do Azji szczepiliście siebie i Anię. Używaliście czegoś na komary?jedziemy na Bali z 5 – latką i nie wiem czy córka wymaga szczepień. Pozdrawiam serdecznie

    • Piotrek mówi:

      Hej, oprócz tego co jest w programie szczepień (czyli np. WZW-B i tężec), Anię zaszczepiliśmy dodatkowo na WZW-A i dur brzuszny. Ale przy małych dzieciach najważniejsza jest higiena rąk – czyli płyn do dezynfekcji dłoni przed każdym posiłkiem. Jeśli chodzi o komary to przede wszystkim na noc moskitiera, najlepiej impregnowana + wieczorem wybić wszelkie komary jakie znajdziecie w pokoju. Na dzień repelenty na skórę – najchętniej używamy takich dla dzieci ze środkiem o nazwie Icaridin lub Picaridin, ale zdarza nam się kupować na miejscu te z mniejszą zawartością DEET (kilkanaście %). Ogólnie repelenty stosujemy tylko jeśli widzimy komary, czyli najczęściej w lesie, gdzieś nad wodą lub jak się pojawią wieczorem. Przykładowo na plaży komarów nie ma, więc się nie smarujemy, bo i po co. Oprócz tego stosujemy permetrynę i psikamy ciuchy po każdym praniu.
      Poczytaj komentarze na stronie O nas, znajdziesz tam więcej informacji na temat szczepionek, komarów itp.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>